O „Imperium Google” słów kilka

GoogleLogoOnWall
Obiecałem ostatnio na Blipie, że jak tylko skończę czytać „Imperium Google” Larsa Reppesgaarda, napiszę recenzję na blogu. Skoro już się publicznie zobowiązałem, to chyba nie mam większego wyboru. Niestety, choć lektura jest niezwykle ciekawa, dotarłem zaledwie do połowy (ostatnio praca wypełnia nawet mój czas wolny). Doszło już do tego, że czytam w tramwaju w drodze do i z pracy. Tak czy inaczej, napiszę. Tym bardziej, że nie znalazłem jeszcze w Sieci żadnej recenzji tej książki.

Lars Reppesgaard jest niezależnym dziennikarzem i w jego książce to widać. Pisze przystępnym językiem, co sprawia, że lektura jest bardzo przyjemna. Stara się zachować obiektywizm, choć nie da się ukryć, że nie należy do zagorzałych wrogów korporacji. Gościł w trzech siedzibach firmy, w Hamburgu, Zurychu i Googlepleksie (głównej siedzibie w Mountain View, w Kaliforni). Jego książka jest właściwie zbiorem informacji, które zdobył o Google podczas tych wizyt oraz z bliżej nie znanych mi źródeł. No właśnie, do tego się przyczepię. Choć książka nie jest tekstem naukowym, a raczej publicystycznym, to brakuje mi w niej przypisów. Chętnie poszerzył bym swoją wiedzę na wiele poruszanych przez autora tematów, ale niestety nie nie daje on wskazówek gdzie tej wiedzy szukać. No cóż, pozostaje wyszukiwarka…

Skoro już o tym mowa. Wyszukiwarka jest pierwszym i najlepiej znanym produktem firmy Larry’ego Page’a i Siergieja Brina. Właściwie myśląc „wyszukiwarka” mamy przed oczami Google Search Engine i jest dla nas oczywiste, że to właśnie tam poszukujemy informacji. To jednak nie Kalifornijczycy stworzyli pierwszą wyszukiwarkę. Co więcej, zazwyczaj programy Google nie są w Sieci czymś nowym.

Wiele osób widzi w Google’u przedsiębiorstwo, które wypróbowuje wszystko jako pierwsze, a wcale tak nie jest. Google stanowi raczej przykład firmy, która pierwszorzędnie wywiązuje się z roli tej „drugiej” […] dzięki lepiej działającym usługom to Google’owi udaje się prześcignąć konkurentów i konsekwentnie unikać błędów, które popełnili niektórzy pionierzy.

To chyba jedna z najważniejszych cech, dzięki której firma odniosła taki sukces. Google uczy się na błędach swoich poprzedników. Raczej wprowadza ulepszenia niż tworzy innowacyjne programy (chociaż komu jak komu, ale akurat pracownikom Google kreatywności nie można odmówić). Odkąd Kalifornijczycy zaczęli zarabiać na reklamie i giełdzie, często inwestują swoje pieniądze w projekty małych firm, które uważają za warte rozwinięcia. Wykupują tzw. startupy i sprawiają, że stają się one popularne na całym świecie.

Autor „Imperium” przedstawia czytelnikowi ciekawostki z historii korporacji, bez której trudno dzisiaj sobie wyobrazić funkcjonowanie Sieci. Od genezy nazwy, przez opis wyjątkowego, jak na tak dużą firmę, systemu pracy, do szczegółów działania poszczególnych produktów. Pisze o tym jak firma dba o środowisko naturalne, troszczy się o swoich pracowników i stara się wypełnić swoją misję, którą jest „uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne”.

Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, Reppesgaard pokazuje też momenty, w których Google zbytnio się nie popisał, a nawet zawiódł wielu użytkowników. Takim potknięciem, jeśli nie upadkiem, jest sprawa ocenzurowanej wersji chińskiej wyszukiwarki. Motto Google brzmi: „Nie czyń zła”, a jego szefowie zawsze podkreślali, że firma nie jest zwykłym przedsiębiorstwem. Dotąd wszyscy byli pewni, że Google „stoi po tej dobrej stronie”. Tymczasem podejmując decyzję o wprowadzeniu „okrojonej” wersji wyszukiwarki, Kalifornijczycy sprawili, że wielu zaczęło się zastanawiać, czy to rzeczywiście prawda.

Książka jest naprawdę ciekawa i godna polecenia. Napisana lekko, ciekawie i przystępnie, każdemu sprawi intelektualną frajdę. Jak już się pewnie zorientowaliście po moim poprzednim poście o Google Wave, jestem wielkim fanem większości projektów realizowanych przez Googlersów. Ich programy zawsze są darmowe, łatwe w obsłudze i estetyczne jeśli chodzi o interfejs. Za to je cenię i nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, wedle których Google zbiera nasze dane, żeby wykorzystać je do swoich niecnych celów i zapanować nad światem. Muszę jednak przyznać, że niektóre posunięcia korporacji też mi się nie podobają i trochę się boję, kiedy pomyślę co by było, gdyby informacje przechowywane w bazach Googlersów, trafiły w nieodpowiednie ręce.

Niemniej myślę, że każdy z was chciałby kiedyś pracować w takich warunkach jakie oferuje Googlepleks. Zobaczcie sami :)

Advertisements

komentarzy 6

  1. Łukasz, jakby nie było namówiłeś mnie na czytanie, tylko najlepiej – udostępnij… ;) nie żartuję poradzę sobie ;)

  2. no mam nadzieję, że nie zapomnisz :P

  3. Co do książki jeszcze nie mogę się wypowiedzieć. Umknęło mi tylko – jest przetlumaczona na nasz piękny język polski?

    ale chcialam odnieść się do filmiku. Napisałeś: „Niemniej myślę, że każdy z was chciałby kiedyś pracować w takich warunkach jakie oferuje Googlepleks”

    kiedys zastanawialiśmy się nad tym z red. Bonkiem z Money.pl. z jednej strony świetnie – wieczna zabawa i wielkie wow! ale z drugiej (pomijając już teorię o krwiożerczych korporacjach, które odcinają cię od rodziny)

    Z punktu widzenia pracownika:

    – ile lat mozna wytrzymac na placu zabaw?
    – czy w dobie mobilności nie chcesz się w końcu stamtąd wynieść zwłaszcza jesli zaczynałeś po studiach a teraz sypnęło Ci się juz drugie dziecko?
    – jakim cudem przestawić się na nowego pracodawcę?? dającego ew. dentystę i automat z płatnymi kanapkami z przedwczoraj?

    Z punktu widzenia pracodawcy:

    – OMG – on pracował X lat w google – na pewno jest przesiąknięty misja wizją itd..
    – jakim cudem mam mu zapewnić taki social jak google, kiedy ja tnę koszty na papierze ksero? ;P
    – megakreatywny koleś.. i wieczne dziecko zapewne
    – ok, zaryzykuję, ale jak on długo u mnie zostanie?

    wiem wiem, przerysowałam, ale przyznajcie, że pracodawcy mogą mieć obawę przed zatrudnianiem kogoś po googlu? i jak wielka depresje moga mieć ludzie zwalniani z Googla którym zabiera się nagle Nibylandię?

    • Co do pytania pierwszego: książka jest po polsku :)

      Co do dalszych kwestii…
      – Nie sądzę, żeby praca na takim „placu zabaw” była szczególnie męcząca. Budynek Google jest ogromny i (przynajmniej z tego co dowiedziałem się z książki) każde z pomieszczeń jest urządzone w innym stylu. Są więc pokoje z mnóstwem zabawek i konsoli do gier, są pokoje w stylu Ikea, czy też pomieszczenia przypominające stare angielskie biblioteki. Każdy znajdzie coś dla siebie.
      – Jeśli chodzi o mobilność… nie wiem, ale chyba nie ma problemu z przeniesieniem się np do innej siedziby firmy.
      – Nie wiem, czy Googlersi w ogóle muszą przestawiać się na innych pracodawców. Jeśli już rezygnują, czy też zostają zwolnieni, to zazwyczaj rozpoczynają raczej swój własny biznes. Zarobki w Google i zyski z akcji firmy spokojnie na to pozwalają. Poza tym to jest śmietanka programistów świata – po Google, każdy chciałby mieć ich u siebie.

      – Z punktu widzenia pracodawcy – jak wyżej: OMG, on X lat pracował w Google, dobrze byłoby go mieć u nas!
      – Jeśli chodzi o socjal… hm… rzeczywiście – nie jesteś w stanie.
      – Geniusze zazwyczaj są nie do wytrzymania w życiu prywatnym ;) taka już ich natura.
      – Jak długo by nie został – będziesz miała z tego pożytek :)

      Myślę, że ludzie zwalniali z Googla nie popadają w depresję. Tam zatrudnia się osoby, które doskonale radzą sobie w życiu.
      Nie martwił bym się tak bardzo o ich zdrowie psychiczne :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: