PR w Urzędzie Pracy, czyli pierwsze próby ocieplania wizerunku

Każdy młody obywatel naszego kraju, zarówno po studiach, jak i w ich trakcie, prędzej czy później stanie przed wyzwaniem, jakim jest znalezienie pracy. Ostatnim miejscem, pomocnym w znalezieniu zatrudnienia, jakim większości młodych ludzi przyszło by do głowy, jest Urząd Pracy. Pracownicy działów marketingu  UP podejmują pierwsze kroki, by chodź trochę zmienić negatywny wizerunek tej instytucji.

W gmachu warszawskiego organu przy ul. Grochowskiej stanęła specjalna kabina, przypominająca wyglądem bankomat, w której każdy zainteresowany może zaprezentować się przed kamerą. Urządzenie obsługuje się za pomocą dotykowego menu, gdzie spełniając kolejne, wyświetlające się na monitorze polecenia, możemy nagrać swoje trzyminutowe CV. To innowacyjne rozwiązanie ma zwiększyć szansę na skuteczne znalezienie pracy i skierowane jest przede wszystkim do młodszej generacji petentów. Pomysł trafił do Polski z Hiszpanii, gdzie wśród miejscowych bezrobotnych stał się hitem. Warszawa jest kolejnym polskim miastem korzystającym z takiego rozwiązania. Pierwszy taki automat udostępnił poszukującym pracodawcy Gdańsk.

Z proponowanej usługi może skorzystać każdy, nie tylko aktualnie bezrobotny. Oferta jest kierowana także do osób, które noszą się z zamiarem zmiany pracy i do studentów. Najlepszy efekt osiągną oczywiście ci, którzy potrafią się umiejętnie zaprezentować. Dlatego w warszawskim UP można skorzystać  z bezpłatnej pomocy doradców zawodowych, którzy pomogą przygotować się do autoprezentacji. Następnie materiał filmowy trafi na specjalny serwis internetowy, a potencjalnemu pracodawcy wysłany zostanie link do konta osoby, która zdecydowała się zamieścić swoje Video CV.

Jest to z pewnością pozytywna próba zmiany wizerunku miejsca, które przytłaczającej części społeczeństwa kojarzy się z bezdusznością i biurokracją, wyjętą wprost z poprzedniej epoki ustrojowej. Niestety w Polsce to rozwiązanie dopiero raczkuje i dostępne jest tylko w nielicznych Urzędach Pracy, podczas gdy na zachodnim rynku rekrutacyjnym stało się normą.

Włoskie buty z Chin

Autorka- Anna Gabryś

Każdy producent musi się liczyć z wizerunkiem kraju w którym wytwarza swe dobra. To, czy noszona przez nas koszula pochodzi z Chin, czy z Włoch nie jest nam obojętne. Wizerunek kraju pochodzenia produktu i stereotypy narodowe dotyczące jakości tych dóbr oddziałują na preferencje konsumenta tak jak osobiste doświadczenie. Przedsiębiorcy z państw, które nie kojarzą się z wysoką jakością wyrobów chętnie korzystają z możliwości wspólnej produkcji z firmami pochodzącymi z prestiżowych miejsc na globie.

Miejsce pochodzenia produktu to argument, którym często kierujemy się, podejmując decyzje zakupu zwłaszcza przedmiotów, które mają nam służyć na dłuższy czas. Przyznam, że wybierając niedawno komplet kieliszków do wina zdecydowałam się na kryształ włoski,  mając do wyboru efektywniej wykonany kryształ z Zawiercia. Po wejściu do sklepu wrażenie zrobił na mnie polski komplet, jednak gdy sprzedawczyni opisała nieco droższy, choć bardziej prosty zestaw, dodając przymiotnik „włoski” już po 3 minutach wychodziłam ze sklepu z pudełkiem pełnym włoskiego kryształu pod pachą. Nie jestem wyjątkiem – większość z nas lubi rzeczy pochodzące z Włoch, Francji, USA, Hiszpanii, Japonii (jeśli chodzi o elektronikę i samochody), natomiast z dystansem podchodzi do wyrobów z krajów wschodnich (wyjątkiem są Indie), a także do produktów krajowych. Kupując rzeczy z nazwą państw cieszących się pozytywnym wizerunkiem oczekujemy wysokiej jakości czy niezawodności.

Istnieją produkty, których pochodzenie nie jest dla nas ważne. Najczęściej zaliczmy do nich surowce i zasoby naturalne np. ropę naftową z Nigerii. Każdy z nas wie, w którym kraju produkowany jest samochód, którym jeździ, ale gdyby zapytać o kraj pochodzenia oleju silnikowego, czy płynu do chłodnic chyba niejeden znawca branży motoryzacyjnej poczułby się zakłopotany.

W świadomości konsumenckiej do poszczególnych typów produktów przypisany jest preferowany kraj pochodzenia. Jeśli kupujemy buty chcielibyśmy by były one włoskie, dobra czekolada to ta ze Szwajcarii lub Belgii, perfumy powinny pochodzić z francuskiego miasta Grass, niezawodne samochody i elektronika użytkowa z Japonii, a gdy na rynku pojawia się imponująca innowacja techniczna to zapewne wymyślili ją Amerykanie. Im lepszy wizerunek kraju tym bardziej metka z napisem „Made in” jest bardziej eksponowana.

Przedsiębiorstwa pochodzące z krajów mało popularnych wśród konsumentów mają jednak szansę, jaką stwarza dla nich wspólna produkcja. Termin „koprodukcji” najczęściej spotkać można w branży filmowej, jednak równie chętnie korzystają z niej inne branże. Philip Kotler w swej książce „Marketing. Analiza, planowanie, wdrażanie i kontrola” przytacza przykład przedsiębiorstwa z Korei Południowej, które produkowało dobrej jakości kurtki skórzane, następnie wysyłało je do Włoch do wykończenia. Wykonane kurtki eksportowane były z metką „Made in Italy”, mimo iż większą ich część zrobiono w Korei Południowej. Koreańska kurtka nie sprzedałaby się po takiej cenie co włoska.
Gdy w produkcji uczestniczy kilka państw, krajem pochodzenia zostaje ten, w którym towar podlegał ostatniej istotnej obróbce, w którym przeszedł istotny etap wytwarzania. Gdy kupujemy elegancką koszulę to krajem jego pochodzenia może być państwo, w którym wykonano wszystkie operacje po cięciu materiału. Sam materiał może pochodzić np. z Chin. Bydgoska firma Romet produkująca rowery, motorowery i skutery korzysta z podzespołów wykonanych w Chinach.  Mimo to pojazdy składane są w Polsce i sprzedawane jako krajowy produkt. Takich przykładów można znaleźć wiele.

Chiński produkt to synonim niskiej ceny, wątpliwej jakości i tandety a od niedawna także zagrożenia dla zdrowia. „Groźna chińszczyzna” to nie wymysł konsumentów. Produkty z zawartością melaminy lepiej omijać szerokim łukiem. W chińskich sklepach sprzedających np. miseczki z zawartością tego związku chemicznego można znaleźć ostrzeżenia mające uświadomić ludziom, że takie wyroby nie powinny mieć kontaktu z jedzeniem. W 2008 roku  w Chinach doszło do licznych zatruć dzieci spożywających melaminę zawartą w mleku w proszku. Szkodliwy środek był dodawany do mleka w celu zawyżenia zawartości białka w analizach. W 2007 roku odkryto, że chińskie koraliki Bindeez dostępne także w Polsce zawierają  toksyczny klej działający jak „pigułki gwałtu”. W tym samym roku firma Mattel ogłosiła, że część produkowanych przez nią zabawek zawiera niebezpieczne dla zdrowia ilości ołowiu zastosowane w barwnikach. Wycofano ponad 1,5 miliona zabawek ale szramy na wizerunku produktów pochodzących z Chin nie da się już zamazać. Dlatego zatroskani rodzice dokładnie sprawdzają czy zabawki, które kupują swoim pociechom nie są wyprodukowane w Chinach. Już teraz wiele firm podkreśla, że nie posiada fabryk w Chinach. Za niedługo stwierdzenie: „nie pochodzi z Chin” będzie popularne jak obecnie: „nie zawiera konserwantów”.

Przez ekspansję gospodarczą Chiny wiele straciły na swej wyjątkowości. Kiedyś „chińska” była herbata, jedwab, dywan czy przyprawy, teraz przymiotnik ten chętnie łączony jest w epitety z „tandetą” czy „podróbką”. Chiny to obecnie jedna z najdynamiczniej rozwijających się gospodarek świata. Rozwój gospodarczy kraj ten zawdzięcza nie tylko kultowi pracy charakteryzującemu Chiny, Koreę, Japonię czy Tajwan. Także zakaz strajków pracowniczych, niskie podatki i brak ograniczeń w ochronie środowiska sprawia, że „Państwo Środka” z łatwością przyciąga inwestorów z Ameryki, Europy czy Japonii. Powodów ekspansji upatrywać należy także w taniej sile roboczej.
Wynagrodzenie w fabrykach w krajach wschodnich każe ludziom balansować na granicy możliwości przeżycia. Pracownicy fabryk odzieżowych Zary, Carrefoura, Marksa&Spancera czy Wal-Marta w Bangladeszu zarabiają 43 dolary miesięcznie (132 zł). Domagają się podwyżki co najmniej do poziomu 90 dolarów, jednak właściciele fabryk, zatroskani o swój byt, nie zgadzają się.

Trudno dziś nie być w posiadaniu żadnej rzeczy będącej efektem pracy taniej siły roboczej z krajów Wschodu. Nieświadomie możemy być szczęśliwymi posiadaczami „włoskich”, „francuskich”, ale mimo to przede wszystkim  chińskich produktów, które dzięki koprodukcji łechcą konsumencką próżność metkami z bogatych, prestiżowych krajów. Chcąc zapobiec negatywnym skojarzeniom z produktem pochodzącym z Chin, producenci używają czasem nazwy ChRL (Chińska Republika Ludowa) lub PRC (People’s Republic of China), co nie razi tak jak „Made in China” lecz jednocześnie odwołuje się do niewiedzy mniej uświadomionych konsumentów. Czujny konsument powinien przed zakupami poczytać o firmie, w której planuje zakupy i sprawdzić gdzie zlokalizowane są główne fabryki producenta.
Możemy się buntować przeciwko włoskim butom produkowanym w Chinach, możemy zostać świadomym konsumentem i kupować tylko u producentów, których jesteśmy pewni, jednak w ten sposób odbierzemy miejsca pracy tysiącom ludzi żyjących na granicy ubóstwa, utrzymującym się z pracy w fabrykach wielkich zagranicznych inwestorów. Więc może etyczne jest kupowanie u nieetycznie postępujących producentów? Wybór należy do Was drodzy konsumenci!

Eurosensorsi o „inwigilacji” pracowników

Katarzyna Przewuska – dyrektorka zarządzająca w agencji Euro RSCG Sensors  popełniła tekst, o którym myślałam od pewnego czasu. Na ile pracodawcy mogą ingerować w tożsamość internetową swoich pracowników? Czy powinni „googlać” co jakiś czas ich wypowiedzi na forach dyskusyjnych? przeglądać fotki na naszej klasie?

Cały tekst znajdziecie na blogu Sensorsów

Tymczasem zastanówmy się chwilę nad tą kwestią.

Mówią, że to przesada, żeby wyrzucić urzędnika z pracy za to, że obnażał się w internecie, albo dziewczynę, bo trafiła na łamy pisma w artykule „czy nastolatki z naszego miasta szukają seksu w sieci?” Ale co kiedy ktoś jest trollem na goldenline? albo też wypisuje o naszej firmie niekorzystne informacje? np. prowadzi bloga o życiu firmy, który niekoniecznie jest zbieżny z polityką informacyjną firmy. Wszystko to robi po godzinach pracy.

Katarzyna Przewuska pisze: „W dobie popularności mediów społecznościowych to pracownicy są grupą w coraz większym stopniu kształtującą wizerunek ich firmy na zewnątrz.”

Tak więc, zastanówcie się zanim nastukacie jakieś rewelacje i podpiszecie się swoim nazwiskiem. a jako pracodawcy postarajcie się zamiłowanie swoich pracowników do internetu zmienić w mocna stronę firmy zamiast zakładać mechanizmy inwigilujące.