Dobry pracownik to oczytany pracownik

Szczecińska firma BLStream, międzynarodowy dostawca systemów informatycznych, postanowiła zainteresować swoich pracowników czytaniem książek. W tym celu w siedzibie przedsiębiorstwa działa własna biblioteka, z której zbiorów może skorzystać każdy pracownik w wolnym czasie.

Biblioteka znajduje się na drugim piętrze w siedzibie koncernu, w 156-metrowym pomieszczeniu. Przez pracowników nazywana jest „Bookshelf”. Firma zatrudnia około 170 osób i większość z nich chętnie korzysta z biblioteki. Księgozbiór biblioteki liczy ponad 400 pozycji o różnorodnej tematyce. Ze względu na profil działalności przedsiębiorstwa dominują pozycje techniczne np. „3-D Computer Graphics” lub „Animacje Sieciowe Flash” i są one sprowadzane głównie z zagranicy. Sporo jest także tytułów z zakresu zarządzania, za równo zespołem jak i projektami, np. „Zawód menedżer” P. Druckera albo „Zarządzanie projektami informatycznymi”. Sam pomysł na założenie biblioteki powstał po tym, jak w firmie zaczęły powstawać pierwsze stanowiska kierownicze i obejmującym je specjalistom brakowało wiedzy. By ją pogłębić, oprócz organizowania szkoleń, przedsiębiorstwo zdecydowało się także na zakup fachowej literatury i tak powstała idea otwarcia firmowej biblioteki.

Ponieważ wśród personelu przewagę mają mężczyźni i spora część z nich posiada potomstwo, w kolekcji biblioteki nie brakuje pozycji o tematyce ojcowskiej. Dział HR-u BLStream zadbał o to, by panowie wywiązywali się z roli ojców bardziej świadomie. Żeby usprawnić wypożyczanie poszczególnych książek, w bibliotece funkcjonuje specjalny program, w którym każda pozycja ma przypisany kolejny numer. Pracownicy za jego pomocą wybierają i rezerwują interesujące ich książki. System również automatycznie wysyła maile przypominające o terminowym zwrocie wypożyczonej pozycji do biblioteki.

Jak podkreśla Agnieszka Żmijko, HR menedżer BLStream, stara się dbać o to, by w bogatym zbiorze książek o różnorakiej tematyce nie zabrakło takich, które poruszają problematykę tzw. rozwoju osobistego. Jest to spowodowane dążeniem do tego, by pracownicy realizowali się nie tylko w sferze zawodowej, ale również duchowej.

Reklamy

O „Imperium Google” słów kilka

GoogleLogoOnWall
Obiecałem ostatnio na Blipie, że jak tylko skończę czytać „Imperium Google” Larsa Reppesgaarda, napiszę recenzję na blogu. Skoro już się publicznie zobowiązałem, to chyba nie mam większego wyboru. Niestety, choć lektura jest niezwykle ciekawa, dotarłem zaledwie do połowy (ostatnio praca wypełnia nawet mój czas wolny). Doszło już do tego, że czytam w tramwaju w drodze do i z pracy. Tak czy inaczej, napiszę. Tym bardziej, że nie znalazłem jeszcze w Sieci żadnej recenzji tej książki.

Lars Reppesgaard jest niezależnym dziennikarzem i w jego książce to widać. Pisze przystępnym językiem, co sprawia, że lektura jest bardzo przyjemna. Stara się zachować obiektywizm, choć nie da się ukryć, że nie należy do zagorzałych wrogów korporacji. Gościł w trzech siedzibach firmy, w Hamburgu, Zurychu i Googlepleksie (głównej siedzibie w Mountain View, w Kaliforni). Jego książka jest właściwie zbiorem informacji, które zdobył o Google podczas tych wizyt oraz z bliżej nie znanych mi źródeł. No właśnie, do tego się przyczepię. Choć książka nie jest tekstem naukowym, a raczej publicystycznym, to brakuje mi w niej przypisów. Chętnie poszerzył bym swoją wiedzę na wiele poruszanych przez autora tematów, ale niestety nie nie daje on wskazówek gdzie tej wiedzy szukać. No cóż, pozostaje wyszukiwarka…

Skoro już o tym mowa. Wyszukiwarka jest pierwszym i najlepiej znanym produktem firmy Larry’ego Page’a i Siergieja Brina. Właściwie myśląc „wyszukiwarka” mamy przed oczami Google Search Engine i jest dla nas oczywiste, że to właśnie tam poszukujemy informacji. To jednak nie Kalifornijczycy stworzyli pierwszą wyszukiwarkę. Co więcej, zazwyczaj programy Google nie są w Sieci czymś nowym.

Wiele osób widzi w Google’u przedsiębiorstwo, które wypróbowuje wszystko jako pierwsze, a wcale tak nie jest. Google stanowi raczej przykład firmy, która pierwszorzędnie wywiązuje się z roli tej „drugiej” […] dzięki lepiej działającym usługom to Google’owi udaje się prześcignąć konkurentów i konsekwentnie unikać błędów, które popełnili niektórzy pionierzy.

To chyba jedna z najważniejszych cech, dzięki której firma odniosła taki sukces. Google uczy się na błędach swoich poprzedników. Raczej wprowadza ulepszenia niż tworzy innowacyjne programy (chociaż komu jak komu, ale akurat pracownikom Google kreatywności nie można odmówić). Odkąd Kalifornijczycy zaczęli zarabiać na reklamie i giełdzie, często inwestują swoje pieniądze w projekty małych firm, które uważają za warte rozwinięcia. Wykupują tzw. startupy i sprawiają, że stają się one popularne na całym świecie.

Autor „Imperium” przedstawia czytelnikowi ciekawostki z historii korporacji, bez której trudno dzisiaj sobie wyobrazić funkcjonowanie Sieci. Od genezy nazwy, przez opis wyjątkowego, jak na tak dużą firmę, systemu pracy, do szczegółów działania poszczególnych produktów. Pisze o tym jak firma dba o środowisko naturalne, troszczy się o swoich pracowników i stara się wypełnić swoją misję, którą jest „uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne”.

Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, Reppesgaard pokazuje też momenty, w których Google zbytnio się nie popisał, a nawet zawiódł wielu użytkowników. Takim potknięciem, jeśli nie upadkiem, jest sprawa ocenzurowanej wersji chińskiej wyszukiwarki. Motto Google brzmi: „Nie czyń zła”, a jego szefowie zawsze podkreślali, że firma nie jest zwykłym przedsiębiorstwem. Dotąd wszyscy byli pewni, że Google „stoi po tej dobrej stronie”. Tymczasem podejmując decyzję o wprowadzeniu „okrojonej” wersji wyszukiwarki, Kalifornijczycy sprawili, że wielu zaczęło się zastanawiać, czy to rzeczywiście prawda.

Książka jest naprawdę ciekawa i godna polecenia. Napisana lekko, ciekawie i przystępnie, każdemu sprawi intelektualną frajdę. Jak już się pewnie zorientowaliście po moim poprzednim poście o Google Wave, jestem wielkim fanem większości projektów realizowanych przez Googlersów. Ich programy zawsze są darmowe, łatwe w obsłudze i estetyczne jeśli chodzi o interfejs. Za to je cenię i nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, wedle których Google zbiera nasze dane, żeby wykorzystać je do swoich niecnych celów i zapanować nad światem. Muszę jednak przyznać, że niektóre posunięcia korporacji też mi się nie podobają i trochę się boję, kiedy pomyślę co by było, gdyby informacje przechowywane w bazach Googlersów, trafiły w nieodpowiednie ręce.

Niemniej myślę, że każdy z was chciałby kiedyś pracować w takich warunkach jakie oferuje Googlepleks. Zobaczcie sami :)